Koszyk z malinami, vol. IV – Przyszłość religii w perspektywie memetycznej

Wpis ten początkowo miał pojawić się w ramach debaty o przyszłości religii na portalu Słowa i Rzeczy. Wygląda jednak na to, że portal ten zrezygnował z przeprowadzenia debaty, dlatego (skoro już go napisałem), zamieszczam go tutaj. W związku z tym przypisy i odsyłacze wyglądają inaczej niż w przypadku normalnego wpisu na moim blogu. Z tego samego powodu część informacji znaleźć można w poprzednich wpisach. Nie jest to zmiana na stałe.
————————————————————————————————
Religia i polityka to podobno te tematy, na które nie wypada rozmawiać z nieznajomymi. Są one niewygodne, niesmaczne, nieeleganckie i niebezpieczne. Pewności, czy nasz rozmówca nie jest przypadkiem groźnym eko-terrorystą lub następnym Andreasem Brevikiem nie mamy. Po co się w ogóle narażać? A jednak.

Zainteresowanie cudzymi poglądami to nic nowego. Wystarczy spojrzeć na dyscyplinę jaką jest antropologia by pojąć, że gdzieś głęboko w nas istnieje potrzeba rozumienia Innego oraz Nowego. Generalnie rzecz ujmując – lubimy dyskutować, choć z reguły do pewnej granicy. Podobnie jest w kwestiach związanych z religią. Fajnie jest, gdy wszyscy wierzą w jakiegoś Boga – wtedy można porozmawiać o różnych jego formach. Gorzej już, gdy ktoś ma koncepcje zupełnie rozbieżne z naszymi.

Biologia ludzkiego ciała nie jest do końca chętna takim sytuacjom. Wspomnienia, pamięć i idee (również te religijne) budowane są poprzez tworzenie sieci połączeń nerwowych. Jako że neuronów mamy około 100 miliardów[i], to na każde wspomnienie starczy nam połączeń, jednak utworzenie takiego trochę trwa. Inaczej mówiąc: by wytworzyć jakieś uczucie, pragnienie lub formę pamięci mózg musi się fizycznie nagimnastykować.[ii] W konsekwencji oznacza to mniej więcej tyle, że nie istnieje możliwość swobodnej zmiany głęboko zakorzenionych przekonań ad hoc. Przemiana światopoglądowa w sytuacji codziennej może mieć miejsce tylko i wyłącznie przez intensywne rozważanie danej kwestii w bliżej nieokreślonej rozpiętości czasu. I słusznie. Inaczej nasz świat stanął by przecież na głowie. Prawdopodobnie jako gatunek w ogóle byśmy nie istnieli do dziś, jeśli za każdym razem musielibyśmy zastanawiać się nad tym, jak funkcjonuje rzeczywistość. Dlatego zresztą między ludźmi o zupełnie odmiennych poglądach dochodzi do spięć – dysonans poznawczy  tworzy niebezpieczeństwo dla poprawnego funkcjonowania organizmu i musi być szybko ucięty. [iii] Nie jesteśmy ewolucyjnie przystosowani do tego, żeby móc w głowie utrzymać dwa przekonania na raz. Przykładowo – nie możemy jednocześnie wiedzieć, że coś jest dobre i wiedzieć, że to samo coś jest złe w tym samym momencie i aspekcie.

Piszę o tym, bo religię widzę jako formę idei, dyskutując więc o niej chcę ją rozpatrywać nie jako abstrakcyjne nadnaturalne zjawisko, ale jako zbiór pewnych pomysłów, religie zorganizowane zaś jako ich reifikację. Mówi się zresztą powszechnie o religijnych ideologiach: o ideologii chrześcijańskiej, islamskiej, buddyjskiej itd., jest to więc chyba zasadne.
Przydatne jest tu pojęcie memów[iv], które pomimo wielu wad[v] teoretycznych jest świetnym modelem edukacyjnym. W dużym uproszczeniu: są nimi wszystkie koncepcje, które zajmują nasz umysł i powielają się, replikując się w różnych formach na innych ludzi. Memem może być piosenka The Bee-gees, może być anegdota z ulubionej książki, ale może nim być również religijna idea. Cele replikacji są różne. W przypadku dobrego dowcipu będzie to banalna chęć rozbawienia następnych osób. Jeśli chodzi o religię, to jako mem wbudowany ma ona system, który nakazuje swoim nosicielom przekazywać się dalej – poprzez socjalizację dzieci, wysoką inkluzywność czy misje nawracające. Najpopularniejszym i najskuteczniejszym sposobem na przekazanie memu jest naturalnie socjalizacja. O psychologicznej podatności dzieci na nowe pomysły napisano wiele książek.[vi] Faktem jest też, że przetrwać mogą tylko najskuteczniej replikujące się memy. Te, którym się nie udało odpadają z konkurencji – tak jak ekskluzywne sekty o skomplikowanym obrzędzie włączenia.
Niestety memy się zwalczają, często dosyć brutalnie. Bycie nosicielem błędnego w danym kontekście memu może doprowadzić do tragicznych sytuacji. Memy doprowadzają bowiem do esencjonalizacji ludzi w oczach innych. Popularny pomysł o satanistach jedzących koty tak mocno przyległ do popkultury Polaków, że choć absurdalny, to i tak jest dalej przekazywany. Teraz jednak już raczej w formie żartu, co świadczyć może o ewolucji memu, przystosowaniu się do nowych warunków, w jakich musi funkcjonować. Poważnie traktuje się już jednak to, że satanista zawsze odprawia czarne msze i służy diabłu. Głębokie zakorzenienie niektórych idei nie jest więc łatwe do zlikwidowania.
Zestaw memów, czyli mempleks, funkcjonuje jako zespół, który dostosowuje swoje pojedyncze elementy do panujących warunków. Tak samo religia funkcjonuje jako zestaw powiązanych przekonań dostosowywanych (zewnętrznie lub wewnętrznie) do bieżącej sytuacji. Dla przykładu – w katolicyzmie nieznośna była koncepcja, w której nieochrzczone niemowlęta trafiają do czyśćca, choć nie mogły popełnić grzechu. Kościół więc postanowił zmienić tę zasadę, by mempleks nie doznawał niepotrzebnego uszczerbku w swojej skuteczności. Instytucja zbudowana na memie stara się więc obronić swoje korzenie przed niekorzystną interpretacją w teraźniejszości.

Jak wspomniałem już wcześniej: memem jest w zasadzie każda informacja, która posiada ze sobą nakaz replikacji. Memem jest też więc nauka i wiedza. Nie po to zbudowaliśmy jako gatunek olbrzymi system edukacyjny, by pochwalić się tym, co udało nam się już dowiedzieć o świecie. Poruszając się na grzbiecie potrzeby polepszania ogólnego poziomu życia nauka od wieków rozpowszechnia się równie skutecznie (a być może skuteczniej) jak różne formy religii. Zaobserwować da się również mutowanie różnych memów religijnych pod naporem memów naukowych. By nie szukać daleko – choć różne religie przeciwne były początkowo transfuzjom krwi, to z czasem zmuszone były je zaakceptować.[vii] Nowoczesna medycyna przedstawiała dużo większą wartość niż wartość religijnych zakazów.
Tylko raz w historii wykorzystano naukę w celu walki z religią i robiono to w sposób niedopuszczalny, tak z perspektywy etycznej jak i biologicznej. Chodzi o okres komunizmu, w którym nową doktryną było nieistnienie Boga. Jeśli spojrzeć na pierwszą część niniejszego tekstu, to jasne jest, że z punktu widzenia nauki próby te były z góry skazane na porażkę. Nie ma możliwości zastąpienia jednej doktryny inną w sposób natychmiastowy w warunkach codziennych. Jedynie traumatyczne przeżycia dają możliwość zmiany paradygmatu osobistego ad hoc.[viii] Przeżycia takie zapisywane są generalizując w ciele migdałowatym i automatycznie wywołują silne emocje. Mocy takiej nie miały zabiegi komunistyczne. Ochronną rolę dla religii pełniła również kultura byłych państw komunistycznych. Kultura budowana jest w dużej mierze właśnie na memach, dlatego też zawiera w sobie wiele elementów uodparniających organizmy nosicieli na ich braki, których nie da się zapełnić mutacją (w rozumieniu dostosowania memu do aktualnego kontekstu). Jeśli chrześcijaństwo uznać za mem, to w takim układzie kultura chrześcijańska uodparnia nosicieli na bogactwo kościołów, które kłóci się w teorii z początkową ideą życia kleru w ubóstwie. Fakt ten jest ogólnie ignorowany, co zawdzięczamy „przyzwyczajeniu się” do tego stanu rzeczy. Dla osób spoza kręgu kultury chrześcijańskiej jest to jednak zupełnie niezrozumiałe. Wracając do komunizmu – kultura państw, które poddane były reżimowi zapewniała zupełnie inne funkcjonowanie nosicielom. Inaczej rzecz ujmując – ludziom, którym nie dano czasu na dobrowolną zmianę paradygmatu życia osobistego kultura gwarantowała poczucie bezpieczeństwa wewnątrz systemu ich wierzeń religijnych, nie wewnątrz systemu ateistycznego, zupełnie obcego i narzuconego przez reżim.
Nowy laicyzm ma dla mnie zupełnie inny charakter, jest bowiem bardziej polemizujący niż w poprzednich epokach. Ludzie tacy jak Richard Dawkins, Daniel Dennet, Sam Harris czy Christopher Hitchens (zwani „czterema jeźdźcami”), w całym swoim wojującym ateizmie zmuszają ludzi przede wszystkim do myślenia na temat ateizmu i religii, zmuszają do rozmawiania. Jeśli miałbym określić na czym polega problem nieskuteczności ich metod, to powiedziałbym, że jest ona ugruntowana w jego zbyt ostrym języku. Podobnie jak komunizm, skazany jest on na porażkę w perspektywie długofalowej. Atakuje, zamiast przekonywać do swoich racji. To trochę tak jak krytykowanie jakiegoś pomysłu – bez dawania alternatywy dla niego.
Polemizujący charakter ataku na religię ma jednak drugie oblicze. Uważam bowiem, że dostępność do odkryć naukowych jeszcze nigdy nie była tak powszechna jak dziś i nigdy wcześniej tak wielu ludzi z niej nie korzystało. Nie mówię tu o systemie edukacji, ale o ogólnym systemie wymiany informacji, którego kwintesencją jest (przynajmniej na razie) Internet. Sęk w tym, że polemika, która obecnie ma miejsce w dyskursie publicznym nie jest dyktowana przez wielkich myślicieli, wykładowców akademickich czy przywódców (a)religijnych. To zwykłego szarego człowieka zatrudnia się do samodzielnego przyjmowania lub odrzucania faktów i tworzenia własnych reprezentacji świata w domowym zaciszu. Wir informacji, jakim jest Internet, stał się wirem memów, w którym wszystkie głosy są tak samo ważne. Przestaje powoli być już istotne, że coś jest religią, coś nauką, a nawet plotką. Nie musimy być teologami, by dyskutować o religiach.

Z mojej perspektywy wiara w nadprzyrodzone jeszcze nigdy w historii nie była pod tak wielką presją zmieniającej się rzeczywistości. Kolejne odkrycia naukowe zmuszają ją do ewoluowania, dostosowywania się, zmian koncepcji. Coraz częściej mając przeciwko sobie fizykę, chemię, biologię czy psychologię musi transformować niepasujące elementy do nowych warunków. Czasami wykorzystuje te nauki do własnych celów, jak na przykład robią to zielonoświątkowcy, ale ogół odkryć działa w moim odczuciu przeciwko wierzeniom ogólnie. Religia jest jednak nie tylko pod presją, ale również na rozdrożu, a jej rozwój lub marginalizowanie w przyszłości będzie zależało od wyboru, jakiego dokonają ich przywódcy.
Jedną z tych dróg jest wzmacnianie swojego autorytetu i dalsze dopasowywanie elementów tradycyjnych do szeroko rozumianej nowoczesności. Należy zastanowić się jednak, czy takie postępowanie nie doprowadza do odwrotnego od pożądanego skutku. Sytuacje, w których kości dinozaurów uznawane są za podrzucone przez Boga fałszywe dowody „sprawdzające wiarę” wywołują raczej śmiech odbiorcy niż ugruntowanie własnej pozycji.[ix] Przykładem, który może zaprzeczyć tej hipotezie są Stany Zjednoczone. Z mojej perspektywy jednak długofalowo amerykański kreacjonizm (bo przede wszystkim o nim mowa) jest skazany na niepowodzenie tak samo jak agresywny sekularyzm. Powody są tu bardziej złożone i zasługują moim zdaniem na oddzielną dyskusję.
Drugą z możliwych dróg jest zejście religii z poziomu instytucjonalnego do poziomu osobistego. W wirze światowych informacji ustawia się ona bowiem w szeregu do konkurencji nie tylko z innymi wierzeniami, ale również z nauką i komercyjną rozrywką. Oferując nową wersję starych struktur religijnych (takich jak wirtualne pielgrzymki do Mekki) musi walczyć o swoje miejsce z cyber-seksem, nowym odcinkiem popularnego serialu i odkryciami naukowców. W świecie nowoczesnych mediów nie istnieje rozdział na sferę sacrum i profanum, czego dowodzą internauci tworzący niedopuszczalne w „realnym życiu” wpisy na blogach, filmy video i inne. Wystarczy przywołać przykład „Dnia rysowania Mahometa”, w którym tysiące ludzi dopuściło się czegoś nie do poza Internetem. Jak sama nazwa wskazuje – dnia tego (28.V) internauci zamieszczają tysiące wizerunków Mahometa w ramach protestu przeciwko religijnej cenzurze islamskiej. Im więcej czasu spędza człowiek w tym informacyjnym pandemonium, tym większa ilość memów walczy o jego przestrzeń umysłową. W walce tej religia coraz częściej przegrywa, o czym może świadczyć laicyzacja społeczeństw, zwłaszcza tych bogacących się. Zostaje jej więc ucieczka w symbolikę, w otwartość, dzięki której możliwe będzie pogodzenie duchowości z nowoczesnością. Inaczej mówiąc: religia musi zejść z wojennej ścieżki i pogodzić się z teraźniejszością. Musi dać ludziom przestrzeń na przeżycia duchowe poza ramami utartych rytuałów.
A co jeśli będzie dalej walczyć ze swoiście pojmowaną niemoralnością, nauką, nowoczesnym stylem życia i da się dalej wciągać w cyfrową bitwę między różnymi ideami? Moim zdaniem skończy tak, jak skończył sprzeciw wobec transfuzji krwi, sprzeciw wobec prawom kobiet, sprzeciw wobec równości społecznej. Można się bowiem sprzeciwiać upływowi czasu, ale to czas dyktuje nam kroki, nie odwrotnie.


[ii] David Eagleman, Incognito: The Secret Lives of the Brain, Pantheon Books, Edynburg 2011, s. 265 – 270

[iii] Pascal Boyer, I człowiek stworzył bogów, Proszyński i S-ka, Warszawa 2005, s. 20 – 35

[iv] Richard Dawkins, The selfish gene, Oxford University Press, Nowy Jork 2006, s. 189 – 201, por. Craig A. James, The religion virus, John Hunt Publishing, New Alresford 2010, s. 107 – 149

[v] Robert Aunger, Darwinizing Culture – the status of memetics as a science, Oxford University Press, Nowy Jork 2000, s. 189 – 203

[vi] Obszerna literatura z tego zakresu znajduje się pod adresem: http://boguslawsliwerski.pl/polecam/literatura/socjalizacja.htm

One comment on “Koszyk z malinami, vol. IV – Przyszłość religii w perspektywie memetycznej

  1. Bardzo dobry tekst, Jedna tylko uwaga merytoryczna.

    “Faktem jest też, że przetrwać mogą tylko najskuteczniej replikujące się memy.”
    Dośc odważne stwierdzenie…memetyka jest hipotezą więc cięzko tu mówić o faktach. Poza tym tekst się broni.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s